Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sherlock sezon 3. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sherlock sezon 3. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 10 lutego 2014

Sherlock, Sherlock i po Sherlocku – kilka spóźnionych uwag o “His Last Vow”

Siedzę sobie i oglądam odcinek finałowy, a tu znienacka jak mnie za kołnierz nie złapie sesja i nie puści przez… My God, is that the time? A więc wpisów nie było przez miesiąc, a teraz będą dwa pod rząd. Wesołe jest życie studenta.

Pewnie w tym momencie już naprawdę wszyscy obejrzeli ostatni odcinek, ale żeby niepisanej umowie stało się zadość, uprzedzam: będą SPOJLERY.

Kiedy zdałam sobie sprawę, że nadszedł hiatus i już miałam zacząć beczeć, natrafiłam na ten obrazek z artykułu na The Oracle, który zwiastował powódź w Londynie, wywołaną łzami przelanymi nad odcinkiem finałowym 3 serii Sherlocka BBC. Stwierdziłam, że nie będę płakać, żeby nie zrobić z ukochanego miasta drugiej Wenecji.

Odcinek drugi pozostawił mnie rozżaloną, a nawet nieco zrezygnowaną. Szczerze mówiąc, zaczęłam powoli dopuszczać do siebie myśl, że Sherlocka BBC czeka los większości, nawet tych najlepszych, produkcji, czyli stopniowe wypalenie. "His Last Vow" daje jednak nadzieję na dobry 4 sezon, nawet jeżeli nie jest to odcinek idealny. Liczmy tylko, że Gatiss i Moffat usiądą raz jeszcze nad swoimi draftami, bo nie wiem, co myśleć, kiedy czytam, jak bardzo podekscytowani są tym, co napisali na kolanie podczas kręcenia 3 sezonu. 

"His Last Vow otwiera postać Charlesa Augustusa Milv… przepraszam – Magnussena. Z początku nie wiedziałam, po co właściwie twórcy zmienili mu nazwisko na inne niż to, które nosiła odpowiadająca mu postać z kanonu. Czyżby chcieli podkreślić jego pochodzenie? Przyszła jednak do mnie myśl już po emisji odcinka, że przecież Charles Augustus Milverton to postać oparta na prawdziwym szantażyście (m.in. Rossettiego), którego tylko pierwsze i drugie imię przedarło się do opowiadania. Może coś w tym jest, może nic, ale doceniam ten „zbieg okoliczności”. Jednak to tylko drobnostka wobec tego, co Moffat zrobił z przedstawieniem tej postaci w serialu. Z jednej strony dosadnie pokazał, czemu w naszym detektywie ten człowiek mógłby budzić aż taką odrazę (oślizgły stwór; przyznam, że jest to pokazane bardziej przekonująco niż w opowiadaniu, bo faktycznie wystarczyło zaznaczyć, że to przeciwnik, który czerpie ekstazę z przekraczania strefy osobistej, zarówno w sensie przestrzennym, jak i czysto emocjonalnym), z drugiej zaś strony – chociaż doceniam to, że pomysł zrobienia z Magnussena magnata prasowego zgrabnie tłumaczy, w jaki sposób szantażysta może dziś zbijać fortunę na rozpowszechnianiu niepotwierdzonych informacji, to jednak zastanawiam się, ile razy jeszcze twórcy będą koncentrować wszystko, co złe, w mediach (vide: „The Reichenbach Fall”). Co więcej, w kanonie Milverton to była pijawka, ale pijawka tocząca Londyn, natomiast Magnussen to już człowiek, który z Appledore Towers steruje całym Zachodnim światem. Co następne – Moriarty wystrzeli Anglików w kosmos?

„Już ja ci strzelę!” – myśli sobie Sherlock.

Narzeczona na niby – Prawdziwa perełka! Oczywiście jest to niekonsekwentne, że w poprzednich odcinkach obserwowaliśmy emocjonalny rozwój Sherlocka, a teraz widzimy, że jeżeli tylko sprawa nie dotyczy Johna, to bez wyrzutów sumienia można wykorzystywać okazje stwarzane przez, jak to Sherlock podle ujął, human errors. A była okazja, żeby wrzucić jedno wielce mówiące zdanie z kanonu, z którego dowiadujemy się, że pokojówka Milvertona miała jeszcze innego konkurenta, gotowego zająć miejsce Holmesa, kiedy ten zniknie z pola widzenia. Tak czy siak, bardzo podoba mi się, ile ta postać niesie ze sobą spekulacji (ile wiedziała, ile się domyślała?), zatrzęsło mnie też od śmiechu, kiedy dostrzegłam nagłówek "He made me wear the hat" i kiedy podchwyciłam aluzję, że ci dwoje mogą się jeszcze spotkać (Janine kupiła sobie domek w Sussex Downs! Równie śmieszne było to, że Sherlock zawył z bólu z braku morfiny przypadkiem akurat wtedy, kiedy powiedziała, że chce się pozbyć uli).

Może jestem za miękka, ale wyobrażam sobie, że ci dwoje potrafiliby się razem zestarzeć. Przez co mam na myśli, że na emeryturze byliby sąsiadami, a Janine toczyłaby z Sherlockiem boje o to, żeby pilnował, gdzie latają jego pszczoły.

Mary – Ha! I suppose that was fairly obvious a trick. W końcu wszyscy pialiśmy, że Mary okazała się być taką w dechę panią Watsonową; dodajmy do tego "liar" z chmury dedukcyjnej Sherlocka i… no, oczywiście, wychodzi nam zamachowiec na usługach CIA. To co prawda nieco śmieszne, że jak kobieta jest inteligentna i klawa, to od razu musi być uzbrojoną po zęby Larą Croft, ale już odpuszczam. Skoro jednak poruszyłam wątek Mary Morstan (a.k.a. Mary Watson, a.k.a. A.G.R.A.), to nie sposób nie wspomnieć o tym, jak zakończył się wątek Magnussena. Ale w tym celu musimy zrobić znowu kroczek w tył do kanonu.

A w międzyczasie zwróćmy uwagę na to, co przegapiliśmy w odcinku drugim. Być może Sherlock zamrugał po przeczytaniu tamtej wiadomości nie dlatego, że się spłoszył, ale dlatego, że szukał w pamięci, kim mógłby być ów CAM (w końcu sugeruje się nam, że to Sherlock układał listę gości na wesele ;)).

Otóż – kobieta, która zabiła Milvertona w opowiadaniu, dokonała tego nie po to, by ta kreatura nie ujawniła jej sekretów (mleko się już rozlało). Nie, zrobiła to w zemście. Tymczasem Holmes i Watson stali sobie schowani za kotarą i obserwowali jej poczynania, a po ulotnieniu się z domu Milvertona odmówili wzięcia udziału w śledztwie (tzn. technicznie rzecz biorąc Holmes odmówił Lestrade’owi), usprawiedliwiając tym samym całe zdarzenie.

I jaka szkoda, że Moffat nie poszedł tym tropem! Tzn. po ichniemu, czyli żeby Mary zabiła Magnussena, a Sherlock i John udawali, że wcale nie było ich na miejscu zbrodni. Moim największym bowiem zastrzeżeniem wobec "His Last Vow" jest to, że to Sherlock zabił Magnussena, że w ogóle kogoś zabił, a jeżeli już tak być musiało – to mam ogromny problem z tym, że nie pokazano konsekwencji tego czynu. Nie mówię tu o karze, jaką wymierzył mu Mycroft, czyli o wysłaniu braciszka na samobójczą misję do Europy Wschodniej (6 miesięcy!), które to wygnanie kończy się po 4 minutach.* Ale przecież zabicie człowieka musi w jakiś sposób wpłynąć na postać, która wcześniej mordercą nie była (przynajmniej z naszego punktu widzenia). Słyszałam głosy, że moje myślenie jest naiwne, bo przecież Sherlock z pewnością przy „zdejmowaniu” współpracowników Moriarty’ego musiał uciekać się do najbardziej drastycznych środków. Alternatywnie, zawsze mamy jeszcze sieczenie maczetami w Karachi przy odbijaniu Irene. Jakkolwiek jest to całkiem mocny argument, to nie przekonuje mnie on o tyle, że jako widz dopiero w ostatnim odcinku rzeczywiście dostałam dowód na to, że bohater potrafi uciec się do ostateczności. Jak już wspomniałam, nie jest mi łatwo pogodzić się nawet z samą myślą, że Sherlock Holmes kogoś zabił. To zmienia całą optykę patrzenia na bohatera. Zwłaszcza, jeżeli dodać, że nie widać po postaci wyraźnych konsekwencji tego czynu. Nie wiem, czy mam to rozumieć jako zamierzony rys charakterologiczny czy stwierdzić, że Moffat spieszył się przy pisaniu, bo na tym etapie spostrzegł, że zostało mu zbyt mało „minut” do końca odcinka. Stawiam na to drugie, bo wolę nawet nie rozważać pierwszej opcji. Powiedzmy, że nawet gdybym miała zaakceptować to, że Sherlock przekroczył taką granicę, tłumacząc to sobie największym poświęceniem, do jakiego człowiek dopuszcza się w imię przyjaźni, to chciałabym choć zobaczyć, że to coś zmienia – zdecydowanie i na zawsze. Coś więcej niż kilka sekund z synem Moffata, ucharakteryzowanym na małego Sherlocka. Swoją drogą, to ujęcie zostało wmontowane w takim punkcie sceny, że więcej mówi o tym, co widzi ‘oczyma duszy’ Mycroft, niż o zagubieniu samego Sherlocka.

Jedna kwestia jest taka, że misja, na którą wysłał Sherlocka Mycroft, mogła się dla bohatera skończyć gorzej niż więzienie. W końcu Mycroft sam mówi, że po 6 miesiącach ta operacja okaże się wyrokiem śmierci dla ‘agenta’ MI6. (Przy okazji – nie wiem, czy zamierzenie, ale jest tutaj jeszcze paralela do Irenki: "I wouldn’t even last six months") Ale już pomijając to wszystko – chciałabym po prostu zobaczyć, że Sherlock nie cierpi tylko dlatego, że rozstaje się z Johnem, Londynem i Anglią, ale że coś w nim pęka, kiedy nawet z najszlachetniejszych pobudek zabija człowieka. Nawet takiego jak Charles Augustus Magnussen.


Moriarty – Mam ochotę przyłożyć scenarzystom za ten pomysł, ale stwierdziłam, że poczekam z wyrażaniem sądów do momentu, kiedy dowiem się, w jakiej formie zamierzają go przywrócić. Ostatecznie kukiełka Moriarty’ego powtarzająca w kółko jedno zdanie nie oznacza jeszcze, że Moriarty nie zastrzelił się *na śmierć* na dachu St. Barts. Liczę na jakieś sprytniejsze rozwiązanie fabularne, bo ile razy można stosować te same środki i uciekać od konsekwencji (ha ha!) tego, co się samemu napisało wcześniej. Bardzo, co prawda, tęskniłam za Moriartym w wydaniu Andrew Scotta, ale nie przebaczyłabym twórcom, gdyby mieli go przywrócić jedynie po to, by zmarnować postać (i aktora przy okazji).

Kupiłam Moriarty’ego, który siedzi w ciemnym kącie głowy Sherlocka, ale żeby przekonać mnie, że Jim z IT może znowu pojawić się w Londynie, twórcy będą musieli się mocno nagłówkować.

Podsumowując jednak odcinek - uratował on dla mnie cały sezon. Rozczarowanie po "The Sign of Three" było z mojej strony tak wielkie, że miałam już tylko resztki nadziei, że serial wróci znowu do opowiadania całych a nie rozczłonkowanych historii. "His Last Vow" jest już w dużej mierze odcinkiem zamkniętym, chociaż może nie do tego stopnia, co te z pierwszego tudzież drugiego sezonu. Jedynie niepokoi mnie cliffhanger, bo znając już sposoby, w jakie scenarzyści Sherlocka radzą sobie z nimi, możemy spodziewać się telefonu z śmiesznym dzwonkiem lub wielokrotną liczbę alternatywnych rozwiązań. Kiedy osobiście wolałabym dostać jakąś konkretną odpowiedź, czemu znowu wracamy do Moriarty’ego; przy czym najlepiej taką, która nie zakłada jego zmartwychwstania. Symboliki religijnej w Sherlocku jest już wystarczająco dużo jak na jeden serial detektywistyczny.

Co nie zmienia faktu, że odzywa się we mnie znajome uczucie strasznej pustki, kiedy pomyślę, że znowu żegnam się z serialem na nie wiadomo jak długo. Na wyjście więc proponuję posłuchać piosenki z bardzo odpowiednimi słowami (Kasiu, dziękuję!), która pewnie nieraz będzie pomagała mi wesoło zabić czas do następnego sezonu i powrotu na Baker Street.



* Byłoby znacznie, znacznie lepiej, gdyby Sherlock w tym ostatnim odcinku NAPRAWDĘ odleciał do Europy Wschodniej. Po pierwsze dlatego, że moglibyśmy się bawić w spekulacje, po drugie dlatego, że otworzyłoby się więcej możliwości scenariuszowych na następny sezon, a po trzecie dlatego, że suspens to rzecz święta - z suspensu się nie rezygnuje if suspense presents itself. (Potem, oczywiście, Sherlock musiałby wrócić na łono swojej małej ojczyzny, bo detektyw nie może funkcjonować bez Londynu na dłuższą metę i vice versa.) A jeżeli już o karze mowa, to znającym angielski polecam dodatkowo ten oto fragment z bloga Hello, tailor (i właściwie cały wpis, bo chociaż mój odbiór odcinka jest raczej pozytywny, to jednak nie potrafię nie zgodzić się z większością jej surowych, racjonalnych uwag): 

"My immediate assumption after Sherlock shot Magnussen was that next season, we'd be in for some kind of Hannibal-style crimesolving scenario where Sherlock is incarcerated but is occasionally sprung from jail to help solve the puzzle of the week. This would be an interesting development both for Sherlock as a character and for the show, because the reason why everything seems like such a hot mess right now is because there are no restrictions on anything. Sherlock has too much freedom, the writers have too much power, and everyone would benefit from cooling their heels in narrative prison for a while."



poniedziałek, 13 stycznia 2014

Ja tu dedukuję, a ty śpisz – czyli “a bit not good, Sherlock”

W poprzednim wpisie pisałam o słoniu, który wszedł do pokoju 221B razem z Molly. Teraz będzie o innym, ale sporo większym, takim akurat na cały odcinek "The Sign of Three". 

Moja reakcja już po kilkunastu minutach odcinka drugiego. - gif stąd

To może teraz szybciutko wytłumaczę, skąd mi się ten słoń wziął, skoro przecież tak dosłownie żaden nie pojawił się w opisywanym poprzednio odcinku. Otóż chciałam tu po swojemu nawiązać do jednego z moich ukochanych angielskich idiomów - the elephant in the room. W skrócie: coś, co dostrzegają wszyscy, ale nikt nie chce o tym rozmawiać, najczęściej dlatego, że to nieprzyjemny czy niewygodny temat. I z ciężkim sercem muszę stwierdzić, że to jest niestety przypadek "The Sign of Three", nie tylko dlatego, że tam akurat naprawdę był jakiś słoń. Nie jest łatwo przyznać, że serial, który się uwielbia, dał w pewnym momencie plamę. Nie chciałam nigdy usłyszeć siebie krytykującej Sherlocka BBC. Ale co zrobić.

Będzie dużo spoilerów

Dawno nie czułam się tak niezręcznie przy oglądaniu czegokolwiek. Pewnie teraz dostaję po dupie za to, że władowałam tyle emocji w jeden serial. Caring is not an advantage. Oh, well. Jakbym miała na to jakiś wpływ. Jedynie mój popkulturowy anioł stróż próbował odwlec rozczarowanie i kazał mi rozliczać faktury, kiedy mogłam zamiast tego oglądać odcinek w czasie rzeczywistym. Dobrze też, że na studiach miałam furę roboty przez cały tydzień, bo inaczej pewnie pisząc notkę zaraz po obejrzeniu odcinka wpadłabym w dziką furię. A tak – tylko zrezygnowanie. 

A taka była radość po pierwszym odcinku! Rozwój bohatera, poprowadzenie wątków, scenariusz, gra… Prawie wszystko wskazywało, że idziemy w dobrym kierunku, a komediowy nastrój jest nam potrzebny na moment, na tę jedną, małą chwilę po dwóch latach Sherlockowego odstawienia (Make‘em laugh. Make‘em laugh. Make‘em laugh. jak słusznie zauważyli w recenzji Den of Geek). Ale może to było zbyt piękne... Bo w drugim odcinku 3 serii wydawać by się mogło, że rozumy scenarzystów (a może tylko ten Thompsona) poszły sobie na spacer.  

Ten kadr dobrze oddaje mój stosunek do drugiego odcinka. Nie chcę hejtować, ale świadomość boli.

Nie mam nic przeciwko kilku dowcipom. Nic przeciwko temu, żeby zagadka morderstwa była tylko pretekstem dla rozwoju postaci. Ale mam bardzo wiele przeciwko traktowaniu wszystkiego, co nie jest jajem, po macoszemu. Innymi słowy, jest to po prostu marnowanie bezcennego dla tego serialu czasu (3 odcinki na sezon! 270 minut!). Teraz mści się nowa formuła, czyli niezamykanie wątków w obrębie jednego odcinka. Bo co też ten "The Sign of Three" nam dał, hę? Czy pociągnął jakiś wątek z pierwszego odcinka? Nie. Czy rozpoczął jakiś poważny wątek do rozwinięcia w trzecim? Nie wydaje mi się. Całkiem ciekawy pomysł obrano na backstory majora Sholto, nazwiązując leciutko do powieści (chociaż uważam, że potraktowano go łagodniej niż w kanonie), ale już Jonathan Small był przewidywalny i rozczarowujący. Tym razem zresztą marnowano na potęgę odniesienia do kanonu. I kiedy mówię „marnowano”, to mam na myśli to, że wielokrotnie były one ot tak sobie, wrzucone bez namysłu w różne miejsca odcinka (np. Mary Sutherland pojawiła się znowu, w innej formie; chociaż najbardziej chyba zabolało mnie jak płytko potraktowano the Andaman Islander – to już lepiej, żeby go wcale nie było…), ot żeby sobie były – taki fan service dla tych klasycznych sherlockistów, ale niestety na dużo niższym poziomie niż zostaliśmy przyzwyczajeni.
 
John też nie wie, co jest właściwie grane. 

I gdyby też te komediowe zagrania były w rodzaju tych, które oglądaliśmy 1 stycznia. Ale niestety. Sherlock, który mówi „Oh my God!” na widok prawie martwego strażnika i pyta Johna, co zrobić? Tak, tak, John jest lekarzem wojskowym, wiemy, wiemy. Ale kto niby uwierzy, że Sherlock nie ma pojęcia, jak wykorzystać swój szalik na tysiąc i jeden sposobów? Na pewno nie ja. I o co chodzi z tą infantylizacją głównego bohatera, mówiąc już tak bardzo ogólnie? Sherlock jest aspołeczny, ale naprawdę nie trzeba prezentować go jak zagubionego szczeniaczka. Nie ma nic złego w tym, żeby pokazać, że Sherlock boi się, że po ślubie Johna z Mary zostanie usunięty w cień, ale nie, nie w taki sposób. Do tego, w przypadku każdej innej postaci, nawet choćby takiego Dr. House’a (który przecież, oczywiście, nie jest porównaniem przypadkowym), można pokazać, że bohater najpierw się otwiera, po to tylko, żeby zostać odrzuconym. Ale nie Sherlocka. Nie samego Sherlocka Holmesa, na pewno nie w takim wydaniu, jak Sherlock BBC. Bo to, a nie fanfikowe odniesienia w 1 odcinku, jest już przesadną próbą spełniania fantazji widzów. Które są słodkie, ale powinny pozostać w sferze fantazji.*

Bawi mnie to, ale i smuci zarazem. Are you with me? - ta i poprzednia graf. stąd

W odcinku mamy na tapecie przede wszystkim wesele i wszystko, co z tym związane, a więc nie tylko związek Johna i Mary, ale także Sherlocka z Johnem. Może najpierw coś ustalmy: Sherlock to geniusz (śmieszne, że w ogóle muszę przypominać). Może trochę powolny, jeżeli chodzi o relacje międzyludzkie, ale z drugiej strony nie tak znowu niczego nieświadom. W końcu w "The Empty Hearse" pada aroganckie "What life? I’ve been away" w stosunku do Johna. Czemu więc Sherlock miałby nie wiedzieć, że jest najlepszym przyjacielem Watsona? Prędzej obraziłby Johna jak w "Many Happy Returns" i powiedział, że jasne, przecież John nie ma żadnych innych przyjaciół, bo wszyscy pseudo-przyjaciele go nienawidzą (albo odpowiedziałby tak, jak zaproponował Żuczek: "Of course I am, all the others died in Afghanistan", co uważam za znakomite scenariuszowe rozwiązanie). Bo Sherlock właśnie w taki sposób okazuje przywiązanie. I tylko tacy ludzie jak John Watson potrafią rozróżnić, kiedy mówi to złośliwie, a kiedy chodzi mu tylko o to, co sobie tam w głowie wydedukował i nie mógł powstrzymać się, żeby nie podzielić się ze swoim odkryciem.

Loading Sherlock S3E02 - gif stąd

Niestety, logiczną konsekwencją takiego przedstawienia postaci w scenariuszu jest to, jak rzutuje to na grę aktorską, a może raczej na to, jak aktorzy są – z musu – poprowadzeni. Grają jak gdyby Sherlock był komedią, bo właśnie komedię im, w przeważającej mierze, napisano. I właściwie tyle w tym temacie. Za dużo widać było Benedicta w Sherlocku (tylko najbardziej szaleni fani pamiętają montaże porównujące zdjęcia Cumberbatcha w kostiumie Sherlocka, na których raz wyglądał jak Benedict – kiedy zdjęcie było robione za kulisami – a raz jak Sherlock Holmes – kiedy zdjęcie robione było na planie; o, proszę sobie spojrzeć choćby na ten przykład z 3 serii). Nie było tak oczywiście przez cały odcinek, nie chcę znowu przesadzać, ale niestety – za często. Freemanowi komediowa dominanta odcinka jeszcze tak bardzo nie zaszkodziła, bo od początku jego postać miała mnóstwo komediowego potencjału, ale też John BBC jest typowym, niedającym sobie w kaszę dmuchać, może nawet najbardziej pyskatym ze wszystkich dotychczasowych Watsonów (miało być the ultimate sassy Watson – robiłam, co mogłam).

Sherlock, your Benedict is showing! - gif stąd

Podsumowując te zagrywki komediowe: taki Sherlock to nie tylko nie mój Sherlock Holmes, ale nawet nie mój Sherlock BBC. Nie moja bajka. No chyba żeby uczciwie została nazwana parodią, to wtedy ja to kupuję. Ale jako pełnoprawny, pełnowymiarowy odcinek – nie. Nie ma na to czasu (3 odcinki!). Paradoksalnie, suma śmiechowych momentów nie czyni wiosny. To tak jakby ktoś zrobił okrutny żart i nagrał komuś składankę Paula McCartney’a, ale zamiast upchnąć tam "Maybe I’m Amazed" czy "Uncle Albert/Admiral Halsey", nagrałby 20 razy pod rząd "Wonderful Christmastime". A bit not good.

 










                                                           
Małe zestawienie uśmiechów Sherlocka, na specjalne życzenie Czytelniczki. Tylko jeden uśmiech nie pasuje do bohatera i tylko ten jeden jest z „The Sign of Three”. Przypadek?
 
Dużo tu niestety winy w samym tekście, na którym przyszło aktorom i reżyserowi pracować. Nie wiem, może chodziło o to, że scenarzysta się zagalopował i nikt nie chciał robić Thompsonowi przykrości, bo w końcu swój chłop, część teamu, więc trochę głupio powiedzieć koledze: „słuchaj, trochę słabo to wymyśliłeś”. Taka moja teoria, bardzo ludzka. Ale z drugiej strony, nie tłumaczy ona, czemu gość, który napisał "The Reichenbach Fall" nie poradził sobie z tym materiałem. To się nie klei. Nie rozumiem – skoro potrafi się pisać tak brawurowo, jak w ubiegłych odcinkach, to jak to możliwe, żeby nastąpił taki wypadek przy pracy? Co nie oznacza, że się nie śmiałam. Tylko śmiejąc się, wiedziałam jednocześnie, że to słabe. Trochę tak, jak śmiejemy się często z żartów ukochanych i przyjaciół dokładnie dlatego, że mają oni ten status: ukochanych i przyjaciół. A biorąc pod uwagę to, że Sherlock to jednak tylko serial, ten śmiech był z gatunku „chichoczesz, ale jest ci smutno”. 


Scena pijatyki – choć chichotogenna – ciągnęła się za długo i wiała parodią SH na kilometr. - gify stąd

Jeszcze jeden zawód – to z pewnością pierwszy odcinek, w którym aż tyle dedukcji (no, nazwijmy to tak na potrzeby tego wywodu) przeprowadziłam w głowie szybciej niż sam Sherlock. I to jest… rozczarowujące! Jeden czy dwa razy może się zdarzyć, ale jeżeli zgaduję, jakie będą najważniejsze zwroty akcji i kto ma być zamordowany, to – znowu – a bit not good. Niektóre z nich były zresztą trochę nudne, żenujące (choćby sam tytuł odcinka… pomysł tak obciachowy, że idzie tylko spuścić na niego zasłonę milczenia) albo zbyt dosłowne. Przysięgam, to nie jest utyskiwanie hejtera, ja naprawdę kocham ten serial! Ale po prostu drugi odcinek to jest coś gruuuuubo poniżej możliwości twórców Sherlocka BBC.

Teraz cała moja nadzieja w 3 odcinku (na który się już spóźniłam, zajęta tym wpisem). Liczę, liczę… nie wiem, na co, ale na coś dobrego. Wiem, że można, że się da. Mam dwa sezony na dowód tego, że się da. Na pewno to bardzo śmieszne, pokładać tyle nadziei w jakiś serial. Ale Molly miała rację: We all do silly things. Nadal jestem wielbicielką tego serialu. Jestem gotowa potraktować ten odcinek jako jajo, parodię, gatunek, w którym te dowcipasy miałyby większy sens. Ale niech no ten serial wróci na dawne tory, no choć trochę… Once more unto the breach, dear friends, once more! 

I w tym moja nadzieja. - gif stąd

Ale walc był śliczny. Do walca się nie przyczepię.

****************************************


*Swoją drogą, zdaję sobie sprawę po jak cienkim lodzie stąpam, kiedy próbuję oddzielić fantazje widzów od świata wykreowanego przez twórcę (vide mój ostatni przypis do poprzedniego wpisu). 
Doggie na zgodę